Mag (The Vanished Man) Jeffery Deaver
Jeffery Deaver jest jednym z moich ulubionych pisarzy.
Seria thrillerów z Lincolnem Rhyme’m w roli głównej podbiła całkowicie moje
serce. Sam bohater, według mnie, jest materiałem na oddzielną notkę. Dziś skupię się natomiast na
powieści z 2005 roku pod polskim tytułem Mag.
Po ten tytuł sięgnęłam ponownie w zeszłym roku.
W marcu. Wcześniej czytałam go będąc jeszcze licealistką. Marzec 2015 był dla mnie czasem bardzo ciężkim. Byłam w trakcie kończenia badań do magisterki, pisania owej pracy, a także przygotowań do ślubu. Studiowałam
i jednocześnie pracowałam. Mag towarzyszył mi właśnie w pracy, a dokładnie to w metalowej budce na parkingu, gdzie pobierałam opłaty za postój. Mimo że czytałam go po raz drugi, to zostałam zaskoczona. Oprócz świetnie skonstruowanej historii kryminalnej, wyrazistych postaci oraz akcji zauważyłam coś jeszcze.
W marcu. Wcześniej czytałam go będąc jeszcze licealistką. Marzec 2015 był dla mnie czasem bardzo ciężkim. Byłam w trakcie kończenia badań do magisterki, pisania owej pracy, a także przygotowań do ślubu. Studiowałam
i jednocześnie pracowałam. Mag towarzyszył mi właśnie w pracy, a dokładnie to w metalowej budce na parkingu, gdzie pobierałam opłaty za postój. Mimo że czytałam go po raz drugi, to zostałam zaskoczona. Oprócz świetnie skonstruowanej historii kryminalnej, wyrazistych postaci oraz akcji zauważyłam coś jeszcze.
Nie będę szczegółowo opowiadać o czym jest książka. W
skrócie: niepełnosprawny kryminalistyk (Lincoln Rhyme) wraz ze współpracownikami z nowojorskiej policji stara się uchwycić mordercę,
który miejsca zbrodni okrasza dużą dawką iluzji. Powieść pozwala szybko wysnuć
pierwszy, konkretny wniosek – pozory mylą. Nie tylko jeśli chodzi o osądzanie
ludzi. Ale także ocenianie sytuacji w jakiej się człowiek znajdzie. Z pozoru
wydaje się być ona beznadziejna, bez wyjścia, ale okazuje się, że wcale tak nie
jest. Bądź odwrotnie, podejmowane zadanie wygląda na łatwe, a w rzeczywistości
wymaga wiele wysiłku. Wydawało mi się, że jest źle. Że sytuacja, w której się
znalazłam jest beznadziejna. Za dużo obowiązków, za dużo pracy, za dużo
poświęcenia… Nieprzespane noce, napady nerwicowe. Tylko dlatego, że wyolbrzymiłam
w swojej głowie sytuację. A pozory bywają mylące. Wbrew mojemu nastawieniu oraz
lękowi dałam radę. Owszem, sporo poświęciłam, jeszcze więcej pracowałam. Jednak
nie aż tyle, co zakładałam w swoich rozmyślaniach. Sytuacja, która wydawała się
być katastrofą, tylko mnie zahartowała i dodała pewności siebie. Pozory mylą.
Drugie przesłanie, dla mnie, z tej powieści to potrzeba
ucinania chorych korzeni. Miałam tendencję, pewnie jak wielu z nas, do
trzymania się kurczowo starych zwyczajów. Bohaterowie Maga przypomnieli mi, że czasem należy uwolnić się od przeszłości.
W takim sensie, że należy uświadomić
sobie, iż niektórych rzeczy, bądź ludzi, nie uda nam się naprawić, zmienić. Na
niektóre sytuacje nie mamy absolutnie żadnego wpływu. Walka z nimi zaś, pochłania
tylko naszą energię, czas, a może i zdrowie. Należy spojrzeć prawdzie w oczy.
Zrozumieć. Dojrzeć. I ruszyć przed siebie.
Lincoln Rhyme, pokazuje mi także, że każde ludzkie zachowanie ma swoje wytłumaczenie, podłoże. Każde działanie oraz postępowanie ma swoją przyczynę. To się mocno wiąże ze stwierdzeniem, by
nie oceniać ludzi po pozorach, czy… książki po okładce.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz